Łączna liczba wyświetleń
wtorek, 20 stycznia 2026
TANIEC Z ROBOTEM
Odkryłam Milesa Davisa. Brzmienie legendarnych, wypełnionych dymem klubów nowojorskiej Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy, przeniosło mnie do późnych lat 50-tych. Było dobrze. Jeszcze lepiej. Chciałam tam zostać. Do czasu…
Zbyt wiele znaków mówiło o nim i jego muzyce. Po raz pierwszy usłyszałam jazzowy dźwięk trąbki tej legendy w urywku serialu „Homeland” , chyba w drugim lub trzecim sezonie, kiedy główna bohaterka Carrie puszcza w tle Davisa przed spotkaniem z powracającym z niewoli Nicholasem , mając nadzieję na miłosne zakończenie. Czy pomógł, nie zdradzę. To teraz nieistotne. Serialu nie obejrzałam do końca, ale zapisałam w notesie wielkimi literami, żeby nie umknęło: MILES DAVIS.
Umknęło.
Jakiś czas później nazwisko Davis rzuciło mi się w książce pt.:” Mózg pod wpływem sztuki”. Przypomniał mi się napis z notesu i łagodne, jazzowe brzmienie trąbki Davisa. Mój mózg zdecydowanie już był POD WPŁYWEM tej muzyki. Ciało i dusza także. Odtworzenie Pierwszego utworu „So What” było kwestią chwili. Magiczne siedem minut minęło jak przelot motyla. Zdecydowałam się powtórzyć to siedem minut jeszcze ze cztery razy. Po każdym z nich musiałam dzielnie znieść reklamy (słuchałam na laptopie). Zdecydowana kupić płytę, przerzuciłam stronę dalej. I to był mój błąd. Zamiast do kolejnego utworu Davisa przeniosło mnie do Chicagowskiego bluesa. Nie, żebym coś miała do tego gatunku. Tym bardziej, że relaksująca i pełna duszy muzyka -jak ją podpisano - była całkiem niezła. Przez moment nawet myślałam, że to może nowa odsłona Davisa. Kiedy słuchasz płyty nieznanego muzyka pierwszy raz, może wydarzyć się wszystko.
Zapragnęłam więcej. Moja wyobraźnia - patrząc na czarnoskórego gitarzystę z cygarem w ustach, śpiewającego o whisky - przeniosła mnie do zadymionych ubiegłowiecznych klubów. W pewnym momencie włączył się głos kobiecy. Idealnie pasował do brzmienia muzyki i przeplatał z miękkim blue notes mężczyzny.
Koniecznie chciałam się dowiedzieć czegoś na temat tych śpiewających artystów. Zgłębić ich historię, poczuć klimat, w jakim postał utwór. To takie niesamowite móc przenieść się w tamtą opowieść. Często identyfikujemy się z artystami, szukając podobieństw lub przeciwieństw. Szukamy wyjaśnienia ich zachowania. Współczujemy im, kochamy lub nienawidzimy. Czasem nie rozumiemy ich zachowań. Wzbudzają w nas EMOCJE. Ich twórczość to wywołuje. Jest jak mały kamień lub tąpniecie, które początkowo łagodne i nieznaczące, po chwili powoduje ruch energii i wzburza lawinę.
Czyż nie tego chcemy od sztuki? Burzy uczuć, emocji, nastrojów. Lawiny marzeń, wyłączenia z rzeczywistości, choćby tylko krótkotrwałego. Znalezienia się w historii, nawet najstraszniejszej, ale innej. Krainie snów. Takiej, do której możemy uciec, kiedy jest nam źle i wracać do niej za każdym razem, kiedy tego zapragniemy.
Bez sztuki świat byłby pusty i jednowymiarowy. Mechaniczny, bez wzlotów i upadków. Bez zmiany nastrojów. Bez marzeń. Sztuka wyzwala z utartych schematów. Dla wielu jest wybawieniem, wyzwoleniem z nałogów, jest drogą do wolności. I ja tego chcę. I Ty zapewne też.
Niechcący, zeszłam kursorem niżej. To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. Podpis pod albumem, którego słuchałam brzmiał: „Muzyka inspirowana duszą. Stworzona z pomocą sztucznej inteligencji.” Poczułam się OSZUKANA i zmanipulowana. Zniknęły chicagowskie kluby. Dym z cygar rozwiał się w próżni. Nie ma żadnej historii i NIGDY NIE BYŁO. Gdzie bohater? Kim była kobieta, która z nim śpiewała? Jak wyglądała? Czy się kochali?
NIE BYŁO NIC.
I po co ja to czytałam? Chyba po to, żeby zauważyć, że w każdym utworze występuje wyraz whisky. Przez półtorej godziny koiły mnie dźwięki sztucznej inteligencji, suto zakrapiane bezsmakowym napojem. Poczułam się zagubiona. Pragnęłam emocji, a dostałam mieszankę zwątpienia i nihilizmu. To niby też rodzaj stanów, ale nie takich emocji pragnęłam. I nie przekona mnie podpis, że ta muzyka ma duszę. Kiedy nie wiem KOGO to dusza, nie jestem w stanie jej przyjąć i zaufać.
Skoro kręci mnie muzyka Milesa Davisa, czas kupić płytę. Zapłacę za każdy dźwięk, każdą emocję i stan, w który mnie przeniesie. W „So What” Miles Davis będzie improwizował, a ten moment będzie magiczny. Poczuję klimat zadymionych barów i przeniosę się do lat 50-tych ubiegłego stulecia i będę marzyć, że jestem mieszkanką Nowego Yorku, a ten bar stoi na mojej drodze. Słychać go na kilometr i Czuć zapach cygar i mocnej whisky w pobliżu.
Bo to nas artystów o ludzkim pochodzeniu różni od sztucznej inteligencji, że jej utwory nie mają historii. I nie mają duszy. I nigdy posiadać nie będą. Chociaż są coraz nowocześniejsze i sprytniej wkręcają nas, że duszę mają. I wtedy wyobraźnia nie ma się do czego odnieść. Chyba, że aby się zakochać, nie potrzebujesz człowieka z krwi i kości oraz serca, które biło i czuło w czasie komponowania i odtwarzania utworu, tak, jak serce Davisa. Ono musiało czuć wiele, skoro miał aż trzy żony i czwórkę dzieci. Czy miał kochanki? Tego Wiki nie podaje. A może w trakcie improwizacji w „So What” Davis zamyślił się, bo znów był w stanie zakochania? I tu wyobraźnia ma pole do popisu.
Zdecydowanie wolę wiedzieć, kogo słucham. Czy to mężczyzna czy kobieta? Kim jest? Co robi w czasie wolnym? I co ją fascynuje? O czy marzy i za czym tęskni? Tego nie da sztuczna inteligencja, choćby nawet zarzekała się, że ma duszę. To jak taniec z robotem. Wykona wszystkie ruchy dobrze, ale nigdy nie poczuje tego, co Ty. Wolę taniec z żywym człowiekiem. Rozmowy i naukę także. I słuchanie muzyki. Dlatego kupię tę płytę, a może nawet kolejną. Bo ta druga nie będzie przypominać pierwszej. Może nawet znajdę w niej kolejną improwizację. Bo to właśnie ona czasem bywa najlepsza. A improwizować potrafi tylko człowiek. A dlaczego? Tu sobie odpowiedz sam/a.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
TANIEC Z ROBOTEM
Odkryłam Milesa Davisa. Brzmienie legendarnych, wypełnionych dymem klubów nowojorskiej Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy, przeniosło mnie do póź...
-
„Utkana z miłości - duchowy coaching dla kobiet” to manifest kobiecej wolności na miarę „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estés i ot...
-
PEACE & LOVE ❤- felieton (przed)świąteczny🐇 Mycie okien może poczekać – przeczytałam dziś post na facebooku. Lepiej ogarnij siebie – pa...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz