Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 20 stycznia 2026

TANIEC Z ROBOTEM

Odkryłam Milesa Davisa. Brzmienie legendarnych, wypełnionych dymem klubów nowojorskiej Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy, przeniosło mnie do późnych lat 50-tych. Było dobrze. Jeszcze lepiej. Chciałam tam zostać. Do czasu… Zbyt wiele znaków mówiło o nim i jego muzyce. Po raz pierwszy usłyszałam jazzowy dźwięk trąbki tej legendy w urywku serialu „Homeland” , chyba w drugim lub trzecim sezonie, kiedy główna bohaterka Carrie puszcza w tle Davisa przed spotkaniem z powracającym z niewoli Nicholasem , mając nadzieję na miłosne zakończenie. Czy pomógł, nie zdradzę. To teraz nieistotne. Serialu nie obejrzałam do końca, ale zapisałam w notesie wielkimi literami, żeby nie umknęło: MILES DAVIS. Umknęło. Jakiś czas później nazwisko Davis rzuciło mi się w książce pt.:” Mózg pod wpływem sztuki”. Przypomniał mi się napis z notesu i łagodne, jazzowe brzmienie trąbki Davisa. Mój mózg zdecydowanie już był POD WPŁYWEM tej muzyki. Ciało i dusza także. Odtworzenie Pierwszego utworu „So What” było kwestią chwili. Magiczne siedem minut minęło jak przelot motyla. Zdecydowałam się powtórzyć to siedem minut jeszcze ze cztery razy. Po każdym z nich musiałam dzielnie znieść reklamy (słuchałam na laptopie). Zdecydowana kupić płytę, przerzuciłam stronę dalej. I to był mój błąd. Zamiast do kolejnego utworu Davisa przeniosło mnie do Chicagowskiego bluesa. Nie, żebym coś miała do tego gatunku. Tym bardziej, że relaksująca i pełna duszy muzyka -jak ją podpisano - była całkiem niezła. Przez moment nawet myślałam, że to może nowa odsłona Davisa. Kiedy słuchasz płyty nieznanego muzyka pierwszy raz, może wydarzyć się wszystko. Zapragnęłam więcej. Moja wyobraźnia - patrząc na czarnoskórego gitarzystę z cygarem w ustach, śpiewającego o whisky - przeniosła mnie do zadymionych ubiegłowiecznych klubów. W pewnym momencie włączył się głos kobiecy. Idealnie pasował do brzmienia muzyki i przeplatał z miękkim blue notes mężczyzny. Koniecznie chciałam się dowiedzieć czegoś na temat tych śpiewających artystów. Zgłębić ich historię, poczuć klimat, w jakim postał utwór. To takie niesamowite móc przenieść się w tamtą opowieść. Często identyfikujemy się z artystami, szukając podobieństw lub przeciwieństw. Szukamy wyjaśnienia ich zachowania. Współczujemy im, kochamy lub nienawidzimy. Czasem nie rozumiemy ich zachowań. Wzbudzają w nas EMOCJE. Ich twórczość to wywołuje. Jest jak mały kamień lub tąpniecie, które początkowo łagodne i nieznaczące, po chwili powoduje ruch energii i wzburza lawinę. Czyż nie tego chcemy od sztuki? Burzy uczuć, emocji, nastrojów. Lawiny marzeń, wyłączenia z rzeczywistości, choćby tylko krótkotrwałego. Znalezienia się w historii, nawet najstraszniejszej, ale innej. Krainie snów. Takiej, do której możemy uciec, kiedy jest nam źle i wracać do niej za każdym razem, kiedy tego zapragniemy. Bez sztuki świat byłby pusty i jednowymiarowy. Mechaniczny, bez wzlotów i upadków. Bez zmiany nastrojów. Bez marzeń. Sztuka wyzwala z utartych schematów. Dla wielu jest wybawieniem, wyzwoleniem z nałogów, jest drogą do wolności. I ja tego chcę. I Ty zapewne też. Niechcący, zeszłam kursorem niżej. To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. Podpis pod albumem, którego słuchałam brzmiał: „Muzyka inspirowana duszą. Stworzona z pomocą sztucznej inteligencji.” Poczułam się OSZUKANA i zmanipulowana. Zniknęły chicagowskie kluby. Dym z cygar rozwiał się w próżni. Nie ma żadnej historii i NIGDY NIE BYŁO. Gdzie bohater? Kim była kobieta, która z nim śpiewała? Jak wyglądała? Czy się kochali? NIE BYŁO NIC. I po co ja to czytałam? Chyba po to, żeby zauważyć, że w każdym utworze występuje wyraz whisky. Przez półtorej godziny koiły mnie dźwięki sztucznej inteligencji, suto zakrapiane bezsmakowym napojem. Poczułam się zagubiona. Pragnęłam emocji, a dostałam mieszankę zwątpienia i nihilizmu. To niby też rodzaj stanów, ale nie takich emocji pragnęłam. I nie przekona mnie podpis, że ta muzyka ma duszę. Kiedy nie wiem KOGO to dusza, nie jestem w stanie jej przyjąć i zaufać. Skoro kręci mnie muzyka Milesa Davisa, czas kupić płytę. Zapłacę za każdy dźwięk, każdą emocję i stan, w który mnie przeniesie. W „So What” Miles Davis będzie improwizował, a ten moment będzie magiczny. Poczuję klimat zadymionych barów i przeniosę się do lat 50-tych ubiegłego stulecia i będę marzyć, że jestem mieszkanką Nowego Yorku, a ten bar stoi na mojej drodze. Słychać go na kilometr i Czuć zapach cygar i mocnej whisky w pobliżu. Bo to nas artystów o ludzkim pochodzeniu różni od sztucznej inteligencji, że jej utwory nie mają historii. I nie mają duszy. I nigdy posiadać nie będą. Chociaż są coraz nowocześniejsze i sprytniej wkręcają nas, że duszę mają. I wtedy wyobraźnia nie ma się do czego odnieść. Chyba, że aby się zakochać, nie potrzebujesz człowieka z krwi i kości oraz serca, które biło i czuło w czasie komponowania i odtwarzania utworu, tak, jak serce Davisa. Ono musiało czuć wiele, skoro miał aż trzy żony i czwórkę dzieci. Czy miał kochanki? Tego Wiki nie podaje. A może w trakcie improwizacji w „So What” Davis zamyślił się, bo znów był w stanie zakochania? I tu wyobraźnia ma pole do popisu. Zdecydowanie wolę wiedzieć, kogo słucham. Czy to mężczyzna czy kobieta? Kim jest? Co robi w czasie wolnym? I co ją fascynuje? O czy marzy i za czym tęskni? Tego nie da sztuczna inteligencja, choćby nawet zarzekała się, że ma duszę. To jak taniec z robotem. Wykona wszystkie ruchy dobrze, ale nigdy nie poczuje tego, co Ty. Wolę taniec z żywym człowiekiem. Rozmowy i naukę także. I słuchanie muzyki. Dlatego kupię tę płytę, a może nawet kolejną. Bo ta druga nie będzie przypominać pierwszej. Może nawet znajdę w niej kolejną improwizację. Bo to właśnie ona czasem bywa najlepsza. A improwizować potrafi tylko człowiek. A dlaczego? Tu sobie odpowiedz sam/a.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

NOWY ROK💥

💥Ten rok chciałam zacząć pisaniem. Dziś mija pierwszy tydzień roku, a u mnie tekstu ZERO. Nie, żebym się tłumaczyła, ale sama się zastanawiam, dlaczego odkładam coś, co dla mnie jest ważne. Kiedyś twierdziłam, że pisanie jest dla mnie jak tlen i nadal tak uważam, jednak czy nadal tak czuję? Ten czas spędzałam z rodziną i nie chcę tego zmieniać. Kiedy coś robię, to wkładam w to całą siebie, dlatego nawet nie próbowałam pisać ukradkiem, czy w jedynych wolnych chwilach, czyli tuż po przebudzeniu. Poranki przeznaczam na powolne „dojście do siebie”, czyli ukochaną gimnastykę ciała, umysłu i ducha. Potem śniadanie i wszyscy domownicy wokół, więc trudno nagle wyjść i zamknąć się w pokoju. W spokoju. Potem odwiedziny. Zaległości rodzinne muszą być odrobione, a najlepiej oczywiście w dni wolne. W te robocze, ale wolne od szkoły wszyscy pragną uczyć się szybkiego czytania, więc czy mogę odmówić? Zadowalam (a może i nie) otoczenie, ale nie uważam, że wszystko jest w porządku. Muszę wrócić i ponownie przeanalizować moje WARTOŚCI. Łapię się na tym, że tutaj nastąpiła ZMIANA. Rodzina – pozostaje. Dobrostan psychofizyczny także. Jednak niezależność została niepostrzeżenie zastąpiona kreatywnością. Twórczość coraz głośniej domaga się mojej uwagi i pragnie wysunąć się w TOP 3 na czołówkę. To zaczyna uwierać, a nawet boli. ❤Muszę więc przeprosić niezależność i docenić ją ponownie. To ona pomaga mi dążyć do celu, kiedy jest ciężko. To dla niej zrezygnowałam z pracy w strukturze i zostałam w domu, by tworzyć i pracować na własnych zasadach. 🔥Skoro jednak kreatywność zaczyna być ważniejsza, to czy nadal mam tworzyć niezależnie czy też mogę w strukturach? I w jakich, skoro cały świat krzyczy, że dziennikarzy i artystów zastąpi sztuczna inteligencja. Czy mamy teraz przejąć się tym i ustąpić jej miejsca, czy możemy nadal być sobą i tworzyć mimo wszystko?❓ Chyba już wiem, skąd ta pisarska prokrastynacja. Z powyższego wynika, że obawiam się sztucznej inteligencji. Muszę potraktować ją jak stymulację, a nie konkurencję. To nierówny przeciwnik, a ja jestem wartościową jednostką i mogę się dzielić swoimi przemyśleniami i doświadczeniem, których tamtej brak. I na tym zakończmy. Algorytm wypełniony. Kreatywność nakarmiona. Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku. Życzę Tobie podążania za radością i w zgodzie ze swoimi wartościami. 💃

środa, 27 marca 2024

PEACE & LOVE ❤- felieton (przed)świąteczny🐇

PEACE & LOVE ❤- felieton (przed)świąteczny🐇 Mycie okien może poczekać – przeczytałam dziś post na facebooku. Lepiej ogarnij siebie – padła propozycja. Brzmi świetnie, ale co to NAPRAWDĘ znaczy OGARNIJ SIEBIE? 💃🫶❓ Przed świętami wielu z nas wpada w wir. To szaleństwo obejmuje m.in. przymusowe sprzątanie albo obawy, czy ktoś nas zaprosi, czy jednak spędzimy święta w domu, co wiąże się z przygotowaniem sterty jedzenia. Jeśli nas w końcu zaproszą to stres, że nie zdążymy z wyborem prezentu oraz wielkie i często wykraczające ponad nasze możliwości konsumpcyjne i finansowe zakupy żywności (a przy okazji i innych towarów, których zazwyczaj nie potrzebujemy). – Kupię Ci drewnianą figurkę zająca 🐇– zaproponowała wczoraj moja mama. – Mamo, nie potrzebuję zająca ani żywego, ani drewnianego – odrzekłam. Mama zdziwiła się, a nawet sprawiała wrażenie zawiedzionej. - Mam wiele niepotrzebnych rzeczy i kolejna tylko zagraci przestrzeń. – odrzekłam i pomyślałam, że drewniany zając nie sprawi, że święta będą lepsze. Bo czy o to w nich chodzi?🐰 Kocham i rozumiem tradycję. Święconka, biała kiełbasa, sałatka i pisanki stanowią nieodłączny element każdych Świąt Wielkanocnych. Czy jednak Naprawdę mamy się cieszyć tylko z tego? 🐣 Wielkanoc to czas odrodzenia się Życia i pokonanie śmierci, również tej duchowej. Współczesne czasy pokazują, że wielu z nas przegrywa tą walkę. Depresje, samobójstwa i pustka, którą coraz trudniej zapełnić wynikają z braku sensu życia. Nie znajdziemy go w figurce zająca ani w białej kiełbasie (no, może niektórzy tak). Spłycanie Wielkanocy do rzeczy materialnych jest niezrozumieniem jej istoty, niezależnie od wyznania i poglądów. Duchowy wymiar tych Świąt powinien obejmować odnowę naszego wnętrza. Czystość intencji, pokój w sercu, radość z Życia to cechy, nad którymi powinniśmy pracować w tym okresie szczególnie mocno. Stres, pospiech i konsumpcjonizm, niestety temu nie sprzyjają. A - wracając na ziemię - Nie wiem, czy zdążę w tym roku kupić białą kiełbasę. Wczorajsza kolejka u rzeźnika przekroczyła moje możliwości czasowe. Sałatkę warzywną na pewno zrobię, a i o jajka się postarałam zawczasu, bo gospodyni powiedziała, że potem może już nie być. Mam więc najświeższe w twardych skorupkach od kury, którą czasem widuję na ulicy albo od jej siostry. 🐣 Może zamiast na ILOŚĆ, warto pójść na JAKOŚĆ? Wracając do drewnianej figurki zająca, sprawa nadal jest w toku. Moja mama tak łatwo się nie poddaje. - No cóż – orzekła w końcu. – Skoro nie chcesz zająca, to w takim razie kupię ci coś innego. Radosnych Świąt!❤

czwartek, 14 marca 2024

My, dzieci Doktora Fludra

MY, DZIECI DOKTORA FLUDRA❤👫 Dziś nie będę płakać. Będę ryczeć. Pewnie nie tylko ja. Co najmniej połowa Gniezna, a nawet powiatu. Dziś nasze miasto utraciło Tego, bez którego wielu z nas już by nie było. Kogoś, kto BYŁ ZAWSZE, kiedy był potrzebny. Nasz ukochany doktor i cudowny człowiek. Niezastąpiony.❤🩺 Lata 80-te, szara rzeczywistość, przepełnione, często brudne szpitale, raczej obojętny stosunek służby zdrowia do pacjenta. Nagle na rejonie pojawia się On. Nie wiadomo skąd i dlaczego akurat tutaj. Pewnego dnia, w ramach wizyty domowej trafia do naszego mieszkania. Moja nowonarodzona siostra jest chora. W domu panika, bo mama obawia się, że utraci kolejne dziecko. Młodszej siostry nie udało się uratować i straciliśmy ją jako niemowlę. No i teraz On, ten nowy pan Doktor twierdzi, że wszystko będzie dobrze. Głos ma łagodny i wydaje się, że zna nasze obawy i widzi, że cierpimy. –„Proszę się nie martwić” -mówi patrząc na każdą z nas i ściskając rękę. – „Wyzdrowieje”. I tyle. Tylko albo aż. Na drugi dzień telefon. W słuchawce Jego głos. Pyta, jak czuje się dziecko. Lekarz osobiście dzwoni do nas? To takie NIESPOTYKANE. Jesteśmy osłupiałe. Ktoś ma nad tym wszystkim kontrolę. Możemy czuć się zaopiekowane i spokojne. Kilka lat później głupie czarne lakierki obcierają mi stopę i tworzy się modzel. W szpitalu On. Operuje osobiście. Wiem, że lepiej trafić nie mogłam. Znowu mija trochę czasu. Wracam z kolonii z podejrzeniem zapalenia płuc. No bo kto w zimie wychodzi na balkon w podkoszulce? Tym razem antybiotyk. Ale trafiony. Wychodzę z tego bez śladu. Kolejne lata bez wizyt, ale wiem, że Doktor zaczął przyjmować w domu. Dochodzą słuchy, jakoby pacjenci siedzieli u Niego nawet do drugiej w nocy. Przytulną poczekalnię w kamieniu zna wielu z nas. Panuje w niej specyficzny klimat i nawet, jeśli czeka się długo, czuje się tam świeżość i Dobro. Wokół mnóstwo zieleni, a doktor często otwiera okna. Lubi przebywać blisko natury. To taka oaza w środku miasta. Rodzi się mój syn. Po kilku tygodniach dziwna wysypka. Bezbłędnie rozpoznana skaza białkowa pomaga w naszym cierpieniu. A przy okazji mamy badanie kompleksowe. Doktor radzi, jak opiekować się dzieckiem, zaleca karmienie piersią i daje wytyczne , na co zwrócić uwagę w pielęgnacji chłopca. I tych spotkań można by wymieniać jeszcze wiele. Doktor jest, gdy rodzą się dzieci mojej siostry, tej, którą leczył, gdy ona była dzieckiem. Jest, gdy mój syn kończy przedszkole i szkołę. Kiedy zaleca mu picie większej ilości wody, synowi nie trzeba o tym przypominać. Pamięta o tym nawet dziś. Taką historię ma każdy, kto choć raz zetknął się z Doktorem Marianem Fludrem. Mądry jak dr. House, pokorny i wrażliwy, jakby z zupełnie innego świata. Składam najszczersze kondolencje Rodzinie, ale i nam, pacjentom Doktora. Bo my wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Mam nadzieję, że nadal jest blisko, bo przecież Anioły są zawsze obecne wśród nas.❤️

Biały jeleń w depresji

BIAŁY JELEŃ W DEPRESJI 🦌😔 Na Zielonym Wzgórzu za moim domem zamieszkał biały jeleń. Wzbudza zainteresowanie, bo jest inny. Tak, jak wielu z nas, którzy mają odwagę, by publicznie przyznać się, że nie są idealni. Początkowo stapiał się z kolorem śniegu, więc nie był zbyt widoczny. Teraz jednak, na tle zielonych łąk rzuca się w oczy z daleka. Czy ma teraz łatwiej? Nie sądzę. Musi stawiać czoła światu, bo jest na cenzurowanym. Jest inny. W każdym, kto go zobaczy, od razu budzi się jedna z dwóch reakcji: Pierwsza to zaciekawienie. Jest biały, więc musi być unikatowy i niespotykany. Trochę więc mu zazdrościmy. U innych, z kolei, rodzi się współczucie. Taki biały to pewnie albinos, czyli brak barwnika w skórze. To chory. Biedny biały jeleń. Jest TAKI niekompletny. Dziś zobaczyłam na facebooku wpis Joasi. Doktorat, tłumaczenia, kilka książek i wiele sukcesów na koncie. Wspaniały kolorowy ptak i energia, która zaraża pozytywnie. Asia pisze, że od wielu lat choruje na depresję. Tak, jak redaktorka moich książek, świetna pisarka Patrycja. Podobnie, jak kiedyś ja. Piszę, kiedyś, ale wiem, że ta choroba często powraca w najmniej oczekiwanym momencie. Mimo, że często nie widać jej w ciele, potrafi zwalić z nóg i skutecznie wyłączyć z życia. W lutym odchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Piszę ten felieton z intencją, byśmy zwracali większą uwagę na innych. To, że ktoś wydaje się wspaniały i - według naszych wyobrażeń – wiedzie super życie, też może mieć problemy. Twój idol, trener, uczeń, pracownik także może zachorować. DEPRESJA NIE WYBIERA. Już za kilka lat będzie drugą, co do wielkości, chorobą cywilizacyjną. Chory może być zarówno biały jeleń, jak i te zwykłe. Tylko u nich tego nie dostrzegamy. One cierpią w milczeniu. Ponieważ biały jest unikatowy, łatwiej mu zwrócić na siebie uwagę. Bądźmy więc uważni, czy ktoś w naszym otoczeniu nie wycofuje się z życia. Jeśli tak jest, spróbujmy mu pomóc, najpierw pytając, czy wszystko ok. To pierwszy krok. Wsparcie otrzymasz u lekarza, psychologa, terapeuty. Dobrą wiadomością jest to, że depresja nie zaraża. Możesz więc przebywać w otoczeniu chorego bez obawy o swoje zdrowie. A nuż cię pozytywnie zaskoczy? Tak, jak mnie dziś biały jeleń, który okazał się …piękną, biała łanią. 🌟

poniedziałek, 12 lutego 2024

Co Cie dziobie?

CO CIĘ DZIOBIE? 🐦 Kreatywność i wyobraźnia Jana Brzechwy to zdecydowanie moja bajka. Nareszcie obejrzałam nową wersję „Akademii Pana Kleksa”. Nie będzie spoilerowania. No, może troszkę…😉 Kocham kino. Tylko o tym zapomniałam. To był mój pierwszy wolny weekend od niepamiętnych czasów. Do pójścia na „Akademię” zachęcił mnie Pan Kleks, a raczej Tomasz Kot, którego styl gry pokochałam w filmie „Bogowie”. Grany przez niego wówczas profesor Religa wrył się w moją pamięć na długo. Czy Tomasz Kot zastąpi Piotra Frączewskiego z pierwszej ekranizacji „Akademii Pana Kleksa”? To pytanie nurtowało mnie tak długo, że w końcu postanowiłam to sprawdzić.👁👣 No bo, czy można zastąpić postać z dzieciństwa? Nie sądzę? To tak, jakby Shrek zaczął nagle mówić głosem Ralpha Kamińskiego albo Zosię z Pana Tadeusza zgrała Reese Witherspoon. Nie, żebym coś miała do innych aktorów czy piosenkarzy, ale zawsze trudno mi było rozstać się z wersją pierwotną. Ot, taki głupi nawyk zbytniego przywiązywania się. Do ludzi, rzeczy, zdarzeń. A przecież - jak pisała Szymborska - „Nic dwa razy się nie zdarza”. A nawet, jeśli - tak, jak ekranizacja „Akademii Pana Kleksa” - wydarzy się ponownie, to już nie będzie to samo. Bo TO BYŁO już zrobione. I super! Perfekcyjnie! I MA tak ZOSTAĆ! Bo się przyzwyczaiłam. I już. Bardzo zżyłam się z pierwszą ekranizacją. Więc nie chciałam iść na tą nową, żeby nie psuć smaku wspomnień z dzieciństwa. Kiedy jednak dowiedziałam się, że mojego ulubionego Adasia Niezgódkę zastąpi Ada Niezgódka miarka się przebrała. Pójdę i powiem, co o tym myślę – zdecydowałam. No bo, jak ONI MOGLI mi TO ZROBIĆ!!!❓‼️ Pierwsze zetknięcie z bohaterką - pozytywne. Szok. Pan Kleks – marka sama w sobie. Tomasz Kot wcieli się w każdego. I zlepi się z postacią tak, że nie zauważysz różnicy. Szpak Mateusz - ten, to dopiero ma wejścia. Powiedzonko: - Co cię dziobie? Które zastąpiło potoczne : - Co cię gryzie? Zostaje od dziś moim ulubionym. I sporo wstawek, które mnie ujęły, np. o empatii, radzeniu sobie z trudnościami i wiarą w swoje mocne strony. TEGO DZIŚ POTRZEBA KAŻDEMU. Nie tylko dzieciom. Nowa wersja „Akademii” już mnie nie dziobie. Przekonałam się, że warto czasem spróbować nowych rzeczy. Nawet, jeśli kocha się te stare. I można sobie wyrobić zdanie. Własne. Bo naprawdę warto je mieć: 🎬💭 P.S. Anna Reczko dziękuję za mozliwość udostepnienia zdjęcia❤😍💃 #AkademiaPanaKleksa #NowaWersjaFilmu #PrzygodaZKino

poniedziałek, 5 lutego 2024

Zabawa w kotka i myszkę

 


🐾 ZABAWA W KOTKA I MYSZKĘ 🐭

Znowu zapomniałam hasła. Zawiodło to, co wpisuję zwykle, więc musiałam już kiedyś wymyślić jego modyfikację. I tej właśnie modyfikacji zapomniałam. Więc zamiast zająć się czymś pożytecznym, przeszukuję skrzynki pocztowe, smsy i pamięć. I nic nie działa. 🤦‍♀️

W oczekiwaniu na przebicie się - przez tysiące maili w mojej skrzynce - tej nowej wiadomości z kodem do kolejnej zmiany hasła, daję upust frustracji i ćwiczę swoją cierpliwość. 😤

Dopadło mnie przytłoczenie. Informacją, dezinformacją, nadmiarem. Wzięłam się za zgłębianie tajników internetu i social mediów, bo – jak twierdzą życzliwe mi osoby – jestem w tyle za Murzynami (Przepraszam wszystkich Afroamerykanów, ale nie sądzę, by moje zasięgi przekraczały okrąg mojego fyrtla, a u nas, na Wzgórzu pod Poznaniem, tak się mówi, więc liczę, że tym wyrażeniem nikogo nie urażę ).Jeśli jednak tak się stało, myślę, że każdy Afroamerykanin mi wybaczy, kiedy zrozumie moją frustrację techniką. Z nią jeszcze nikt nie wygrał. 🌐

No, bo jak funkcjonować w tym świecie, kiedy dopiero zaprzyjaźniłam się z Facebookiem, a on ponoć już umiera, bo całe życie przenosi się do Instagrama? I co z tego, że jeszcze kilka miesięcy temu zarzekałam się, że Instagram mnie nie interesuje, a właśnie od wczoraj mam na nim konto?! I teraz dopiero będzie się działo. Dostanę rozdwojenia. Tu nie tak prosto wstawić profilowe, bo obcięło mi część głowy, a kiedy próbowałam to naprawić, pojawiły się kwiaty. Ich usuwanie zajęło trochę czasu i to nie mi. Dziękuję Nicola. Ja bym straciła na to ze dwa tygodnie. 🌺🤳

Mój komputer także się zbuntował. Stwierdził, że nie będzie tolerował żadnej kolejnej aplikacji, przeglądarki czy programu i najwyraźniej stwierdził, że spowolni mi pracę tak, że mi się odechce. Tak, jak teraz, kiedy od pół godziny nie wpuszcza na skrzynkę żadnego nowego maila. Bo on także jest PRZYTŁOCZONY. Przeładowany nowymi informacjami. Tak, jak ja po szkoleniu z marketingu internetowego. Dowiedziałam się właśnie, że MOGĘ BYĆ, kim chcę, bo nauczę się wszystkiego. Sama napiszę, zredaguję, wypozycjonuję e-booka. Sama zrobię grafikę, webinary i studio filmowe do nagrywania filmików. Zostanę ekspertem w swojej dziedzinie. I myślę sobie, czy ze mną coś nie tak, czy to świat zwariował? Czy nie mam BYĆ już TRENERKĄ, bo - jeśli nie spełnię wszystkich wymogów reklamowych - świat mnie skreśli, gdyż zwyczajnie nie będzie o mnie wiedział?! Czy mam przestać pisać tylko dlatego, że zrobi to za mnie chat GPT? I zastanawiam się, gdzie w tym jest miejsce dla mnie? Jestem jak moja kotka, która właśnie pierwszy raz zobaczyła kręcącą się pralkę i dziwi się, co to za cudo. I tak stoimy we dwie, wystraszone i zdziwione. Lexi i ja. 😺

Kotce znudziła się w końcu pralka. Po kilku minutach opuściła ostentacyjnie łazienkę, przechodząc na drapak, zwany Wieżą Eiffla. Na tej wieży Lexi znowu JEST SOBĄ. I już się nie dziwi. Może powinnam wziąć z niej przykład i w chwili przytłoczenia udać się na swoją wieżę Eiffla, czyli w miejsce, gdzie mogę być sobą i spojrzę na wszystko z innej perspektywy? 🏰

Zaglądam na skrzynki. Mail z hasłem nadal nie dotarł. Już się nie frustruję. Czas zająć się życiem. Ot, choćby obiadem czy kończącą właśnie wirować pralką. Bo życie nadal jeszcze toczy się w realu. Na szczęście. 🍽️🔄


poniedziałek, 29 stycznia 2024

Niewiele Ci mogę dać?


 NIEWIELE CI MOGĘ DAĆ? 😄

    Rozbawiła mnie ostatnio reklama pewnego producenta makaronów. Młoda kobieta pyta swojego partnera, czy zamawiają coś do jedzenia. Była głodna, więc chciała zapewne coś sytego, np. pyszną carbonarę. Kiedy mężczyzna sięgnął po portfel, ten oprócz kart debetowych pokazał mu jedynie… puste dno. I wtedy pojawił się obraz, który na długo zostanie w mojej pamięci… Portfel przybrał kształt ust, które zaśpiewały popularną kiedyś piosenkę Perfektu: „Nie mogę ci wiele dać”. Parsknęłam śmiechem. Po chwili jednak zdałam sprawę, że …ten PORTFEL ŚPIEWA DO MNIE!!! 🎤😆     Nie wiem, kto tworzył tą reklamę. Moim zdaniem należy mu się nie tylko pochwała, ale też głęboki szacunek, zwłaszcza za zrozumienie sytuacji społeczno-ekonomicznej wielu Polaków. Nie wiem, jak u Ciebie, ale u mnie ostatnio w portfelu tak, jak w tej reklamie. Zleceń, jak na lekarstwo mimo, że potencjał i chęci duże. – Nie martw się. Zawsze miałaś trudny początek roku – wspiera rodzina i przyjaciele. I czuję w tym momencie wdzięczność za te słowa. Podświadomie tli się nadzieja, że po latach chudych, przychodzą zawsze lata tłuste. Jak pisze Księga Koheleta: „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy po niebem(…)”. Kiedy sięgasz dna, znowu musisz się od niego odbić. Tak już jest. Inaczej byłoby nudno i przewidywalnie. Dlatego dzisiaj dziękuję za ten trudny czas. Gdyby nie on, nigdy nie postałby ten felieton, ani żaden inny. W ogóle nie byłoby tego cyklu. 📚✨     Kiedy więc będzie Tobie ciężko pomyśl, że” (…) jest czas rodzenia i czas umierania(…)”. Niekoniecznie w sensie dosłownym. Czas umierania finansów, to często dla mnie czas największej płodności w sensie twórczym. Przeszłam to w pandemii, co zaowocowało powieścią. U Ciebie może być inne umieranie i rodzenie. Może umiera Twój związek albo chorujesz Ty lub ktoś bliski? Może myślisz, że nie ma już wyjścia lub zawsze już tak będzie?     Ten czas też się skończy. Po burzy ZAWSZE przychodzi SŁOŃCE. Po czasie umierania nastanie czas rodzenia. Nie bez powodu rodzenie brzmi prawie jak RADZENIE sobie. To właśnie w najcięższych okresach często dostajesz nowych sił i pomysłów, na które nie wpadłbyś/abyś, gdyby wszystko przychodziło Ci łatwo. Potrzeba jest matką wynalazku.     Bohater z reklamy poradził sobie. Kupił makaron, dodał kilka dodatków i… przyrządził pyszne danie czym oczarował dziewczynę. Okazał się opiekuńczy i przedsiębiorczy. Upolował i nakarmił. I zapewne będą żyć długo szczęśliwie. Ten mężczyzna wie, że dziewczyna nie leci na jego kasę, tylko kręci ją jego zaradność. Ona, z kolei czuje się zaopiekowana i pewna, że z nim nie umrze z głodu. Nawet jak portfel zaśpiewa: „Niewiele ci mogę dać”… 🍝💑

  1. #ŚpiewającyPortfel

  2. #Wdzięczność
  3. #ZaradnośćISzczęście

poniedziałek, 22 stycznia 2024

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

 🔍 KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE…



Każdy poniedziałek, to nowy tydzień i niesie ze sobą nowe szanse. Blue Monday natchnął mnie ostatnio do napisania tekstu, że lubię poniedziałki. Dziś jednak wstałam i postanowiłam rzucić sprostowanie. Lubię poniedziałki. Oprócz dzisiejszego. Dziś jest siarczyście zimno i wietrznie. Popsuł mi się ekspres do kawy i mój mózg odebrał to źle. Powiedział ciału, żeby się zbuntowało i nie pisało nic dobrego, a najlepiej, by nie pisało w ogóle. Kazał mu schować się pod koc i czekać… aż nadejdzie wiosna i się ociepli. ❄️🌬️

Dziś nie chciał pomóc nawet kot. Mam kotkę Lexi - Leosię dopiero miesiąc, ale zdążyłam się przyzwyczaić, że potrafi nieźle ogrzać. Dziś ona także weszła pod koc i nie zainteresował jej nawet dzwoniący przeciągle do drzwi kurier, który dostarczył jej jedzonko na kolejny miesiąc. Bo Lexi zjeść lubi. Wprawdzie nie tyle, co podwórkowy kot sąsiada - który właśnie postanowił, że będzie się stołował u nas - ale za to wykwintnie. Na przykład wołowinkę z kurczakiem na mokro albo kaczkę z rybką na sucho. Lexi to kot rodowodowy, rasy ragdoll. Dlaczego taki? 🐱❤️

Koty uwielbiam, ale poprzedni dachowiec Kokos wyszedł tuż przed pandemią i …wszelki słuch o nim zaginął. Szukałam go nadaremnie i nawet raz wydawało mi się, że widzę go na podwórku na pobliskiej wsi. Kiedy go zawołałam, nie zareagował, więc Kokosem raczej być nie mógł. Później dostrzegłam go w jakiejś reklamie. Mam nadzieję, że to był on. Jeśli tak jest, ma teraz wykwintne życie jako gwiazda telewizji. Cóż? Pogardził stabilnością u mnie, więc teraz musi pracować.
A u mnie miał dobrze. Był wolny. Chadzał własnymi drogami, a jak mu się znudziło, wracał nad ranem, jak łajdak, choć z miną niewiniątka. Raz nawet przyniósł mi łapkę i ogon królika, rzucając zdobycze koło lodówki. Darłam się na pół osiedla. Ten królik jeszcze dwie godziny wcześniej pewnie żył. Do dziś nie wiem, czy Kokos go zabił, czy tylko przyniósł łupy, żeby wyrazić swą wdzięczność za możliwość waletowania u nas w domu. Ktokolwiek widział takiego kota, proszony jest o kontakt ze mną. Jeśli rzeczywiście pracuje reklamie, mógłby rzucić nieco grosza w tych ciężkich czasach. Chociażby w dowód minionej przyjaźni. 🐾💰

Lexi, która - w wyniku nieoficjalnego plebiscytu - została w końcu Leosią, nie wychodzi z domu. Nie wiem, czy to dobrze, ale rasowe koty tak mają. Póki co sporo śpi, bo jest mała. Czasem się bawi. Ale nie dzisiaj. Znowu zasnęła na mięciutkim kocyku, skulona niczym pluszak. Taki widok do roboty nie motywuje.
Fakt, że czytasz te słowa znaczy, że - mimo wszystko - postanowiłam wyjść spod koca. Pokonałam podszepty umysłu, ignorując warunki za oknem i śpiącego kota. W końcu różnimy się od zwierząt. Choć nie tak bardzo, jak się nam wydaje. My także pragnęlibyśmy przespać zimę. A może tylko ja tak mam? 🤔



#PoniedziałkoweRozterki
#KotyŚpiąceZimą
#PrzygodyZKotkiemLexi

niedziela, 21 stycznia 2024

Blue monday?To nie dla mnie!

 


BLUE MONDAY? TO NIE DLA MNIE! 😔💙 Dziś według badań i światowej opinii powinnaś/powinieneś czuć się źle. Nawet gorzej. Podle. I jest to powszechnie usprawiedliwione. Dziś blue monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. 😢

To, że poniedziałki nie należą do naszych ulubionych dni wiedzieli już twórcy filmu: „Nie lubię poniedziałku”, który nadal potrafi mnie rozbawić. 😂

Fakt, że poniedziałek oznacza dla wielu z nas trudny początek tygodnia rozumiem i szanuję. Rozpoczynasz kolejny tydzień pracy, którą nie zawsze lubisz. Budzik zadzwonił, ale zignorowałaś/eś


go, chcąc przedłużyć weekendowy błogostan. W końcu zrywasz się i już wiesz, co zastaniesz, kiedy tylko zamkniesz za sobą drzwi. Trąbiące samochody, śpieszących się ludzi, a w pracy te same twarze, które także poniedziałków nie znoszą. 🚗😩

Znam wiele osób, które nie lubią sobót, bo właśnie wtedy pracują i z zazdrością patrzą na tych, którzy akurat szykują się na weekendową imprezkę. Należę do nich i ja. - Byle przetrwać sobotę - myślę sobie wtedy – i kombinuję, jakby jednak na imprezie się znaleźć. - Ty byś chciała być z jedną d…na siedmiu weselach – mawia moja mama i …chyba ma rację. Człowiek czasem tak ma, że chciałby więcej, niż może. Tym bardziej, kiedy blue Monday trwał kilka tygodni lub miesięcy. Jak ja to dobrze znam. 😅

Pocieszam się więc często powiedzonkiem: „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i robię sobie wolny poniedziałek. 🛌💆‍♀️

Ustanawiamy dni takie, jak Blue Monday być może dlatego, że mają wyrwać mnie i Ciebie z marazmu, podkreślić odrębność każdej sekundy i skłonić do refleksji, że „w życiu piękne są tylko chwile”. Łap więc momenty, jak motyl promienie słońca. Docenia je, bo - mimo, że ma prosty mózg -czuje, że kolejnych może już nie być. Przeżywa wszak tylko kilka tygodni, a czasem zaledwie 3 dni! Ale ŻYJE intensywnie. 🦋💖

„Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach” - Maya Angelou. Takich chwil życzę Tobie i sobie na ten rok, bo życie to nie tylko przeżywanie dni, ale także tworzenie ich treści. 🌈


czwartek, 27 kwietnia 2023

"Utkana z miłości - duchowy coaching dla kobiet" - co to za książka?


„Utkana z miłości - duchowy coaching dla kobiet” to manifest kobiecej wolności na miarę „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estés i otulający serce i duszę balsam, który zadowoli fanki Reginy Brett.


„Żyjemy w ciele i to poprzez nie powinniśmy uczyć się wolności, która obejmuje też duszę i umysł. Pierwszym krokiem wolności w ciele jest akceptacja. Kobieta, która to odkryje, staje się nie tylko wolna, ale i piękna, bo piękna kobieta to taka, która poznała swoją wartość, a robi to poprzez wolność.” fragment książki
 
Ta książka jest dla Ciebie, przyjaciółko. Dla Ciebie, pełnej obaw, czy jesteś godna Miłości. Lękającej się tego, że nigdy nie jesteś wystarczająco doskonała, choćbyś nie wiem jak się starała. Szukającej Czegoś, by wypełnić pustkę w sercu. Utkałam ją dla Ciebie, abyś mogła odnaleźć i czerpać radość ze swej kobiecości, odzyskując swoje naturalne piękno, wartość i sens życia, które są wplecione przez Stwórcę w Twoje DNA. Nie czekaj do osiemdziesiątki, ale zacznij zmieniać swoje życie już dziś!


 Książka o tym, jak odnaleźć drogę duchowego spełnienia i żyć w zgodzie ze sobą, naturą i Bogiem.

 Jesteś stworzona z miłości i po to, aby przekazywać Miłość w sposób naturalny dla Ciebie, poprzez wypełnianie swojej misji na tym świecie. Odnajdź ją poznając Pięć filarów kobiecości!





 „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy” (Pnp 4,7.). Wiele z nas nie wierzy w te słowa, bo zatraciłyśmy nasz pierwotny wzorzec kobiecości, ulegając wizjom narzuconym przez świat. Piękna, odważna, niezależna, wolna – takie zostałyśmy stworzone i mamy to w naszym DNA. Niestety, niezależnie od koloru skóry, wyglądu, wieku czy pozycji mnóstwo kobiet na świecie neguje swoje piękno, wartość i sens życia. Oddaliłyśmy się od swej pierwotnej natury i Boga, stawiając tylko na siebie. Oddałyśmy stery naszego życia otoczeniu, dając się stłamsić i manipulować sobą. Wmówiono nam, że powinnyśmy być doskonałe, a autentyczność stała się passé. Uciekłyśmy się od siebie tak daleko, że już nawet nie pamiętamy, kim jesteśmy. Jednak powrót do twojej pierwotnej natury jest niezbędny do prawidłowego życia i funkcjonowania. Przywrócimy ją poprzez odzyskanie właściwego obrazu siebie jako kobiety wolnej, wartościowej i pięknej. Takiej, jaka zostałaś stworzona. 


 Z książki dowiesz się:
 -KIM JESTEŚ? Jakie są Twoje mocne strony i co z nimi robisz? Jaka jest Twoja pierwotna natura? 
-Jaka jest Twoja tożsamość i skąd czerpiesz wartość? 
 -JAKA JESTEŚ? Czy jesteś taka, jaką zawsze chciałaś być? Gdzie jest Twoje sacrum?
 -PO CO JESTEŚ? Jaki jest cel Twojego istnienia i jak wygląda Twoja MISJA na tym świecie?



 Fragment książki 
„Zmierzamy do domu duszy. Idziemy tam na wysokich obcasach lub boso, przy dźwiękach bębnów lub w ciszy. Pędzimy z szumem wiatru lub dryfujemy na falach oceanu. Kiedy tam wreszcie trafimy, już nigdy nie pozwólmy go sobie odebrać. To miejsce to Twoje sacrum. Pierwotna nić DNA jest wtedy cudownie doskonała. Zmierzamy tam, pokonując lęki i słabości. Ucząc się akceptować siebie i innych, szukając miłości i Boga. Naśladując innych, by wreszcie uznać, że nie warto, bo same jesteśmy godne podziwu. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Do domu duszy trafisz wtedy, kiedy wykonasz mrówczą pracę nad sobą, starając się przy tym nie zaniedbywać innych. Dopiero wówczas będziesz mogła rozpalić ogień w kominku i ogrzewać się w jego błogim cieple, bo poczujesz się bezpieczna i u siebie. To miejsce, gdzie jesteś w zgodzie ze sobą, światem i Stwórcą. Utkana z miłości i nią otulona.”


 Właściwie pojmowana wolność daje nam, kobietom, możliwość podążania za kobiecością zgodnie z naturą i Bogiem. Według Jego pomysłu zostałyśmy utkane z miłości i do miłości jesteśmy przeznaczone jako istoty piękne, wolne, niezależne.



Pamietaj: „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy” !

Książkę "Utkana z miłości - duchowy coaching dla kobiet"
kupisz na mojej stronie autorskiej :AgazZielonegoWzgorza.AgnieszkaAndrzejczak.autorka, a od 18 maja w dobrych księgarniach (m.in. w Empiku)
Cudownego czytania!

TANIEC Z ROBOTEM

Odkryłam Milesa Davisa. Brzmienie legendarnych, wypełnionych dymem klubów nowojorskiej Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy, przeniosło mnie do póź...